Długo nie pisałam, bo czekałam na wyprowadzkę. Trochę się działo, zaczęliśmy się pakować, ale okazało się, że musimy jeszcze trochę poczekać.
Chciałabym napisać krótko o tym, w co najmocniej wierzę w macierzyństwie. Minęło już ponad pół roku, które było pełne lepszych i gorszych momentów, czas na jakąś refleksję.
Pierwszą z teorii, w które mocno wierzę, to teoria czwartego trymestru. Jej założeniem jest, że potomstwo człowieka rodzi się poniekąd za wcześnie o ok. 3 miesiące, nie do końca gotowe do przyjścia na świat. Gdzieś czytałam artykuł, który to obalał, ale myślenie o niemowlaku w tych pierwszych tygodniach, że potrzebuje jeszcze czuć mamę tak, jak to było w brzuszku, pomagało mi być bardziej cierpliwą. Tuliłam, nosiłam, tańczyłam, śpiewałam i było mi z tym dobrze. Nadal jest 🙂
Nie wierzę, że dziecko można przyzwyczaić do noszenia, skoro nosi się je 9 miesięcy w brzuchu 🙂 poza tym J. w wieku 7 miesięcy już nie chce się nosić tak dużo, bo potrzebuje ruchu i przestrzeni do czworaków, siadu itp.
Druga teoria to tzw. skoki rozwojowe. To takie gorsze chwile, pojawiające się co kilka tygodni (w google wiele grafik na ten temat) i trwające od kilku dni do kilku tygodni. Marudzenie, potrzeba piersi lub tulenia, brak drzemek zwiastują zbliżającą się nową umiejętność. U nas pokrywały się z kalendarzem i poza jednym na przełomie 3 i 4 miesiąca były w miarę do przeżycia. Ten jeden właśnie był absolutnie najgorszy, J. przeszkadzało absolutnie wszystko. Co prawda noce nam przesypiał ładnie, za to w dzień potrafiło po prostu nie być drzemek. Przez to był zmęczony, ale zasnąć nie chciał.
Owszem, dzieci mają różne dni i nastroje, ale akurat u nas się pokryło to z kalendarzem skoków rozwojowych i chyba potrzebuję takiego “wytłumaczenia”, aby potraktować to jako fazę, która przemija 🙂